Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 01. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 01. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Poza Światem 01 + info

Napiszę tylko, że nad tym opowiadaniem, całkiem krótkim zresztą, pracowałem dość długo i mam spore ambicje rozpracowania większej fabuły, może conieco pokomplikuję i chciałbym pobawić się pomysłem (bo właśnie pomysł/y mam!). Dlatego ten wpis pojawia się prawie miesiąc po napisaniu, że wracam.
Prace wciąż trwają i są już na porządnym etapie :)
I zapraszam do mojego powrotu już do kwestii fabularnej!

Poza Światem 01

   Trevor ocknął się.
   Victoria jeszcze spała w ich szałasie. Świtało. Zbudowanie go nie było trudne ze względu dość lesiste pokrycie wyspy. W zasadzie wszystkie potrzebne materiały znaleźli od razu na plaży. Fakt faktem, nie od razu wiedzieli, że będą ich potrzebować, ale szybko zdali sobie z tego sprawę. To on wpadł na pomysł wykorzystania resztek wraku. Widział częściej proste rozwiązania, podczas gdy Victoria gmatwała się w swoich teoriach. Bez problemu znaleźli potrzebne elementy. Plaża była dość duża, więc surowców nie brakowało. Trzeba też zauważyć, że, upierając się, można by plażą obejść całą wyspę. Nie było sensu jednak się w to bawić. Szczególnie samotnie. Trevor był typem samotnika i milczka, ale jedno wiedział, to nie były okoliczności sprzyjające samotnym wędrówkom. A piasek był na tyle nagrzany, że gdyby nie ocalone, jakimś cudem, klapki nie byłoby mowy o podróżowaniu. Chociaż, podróżowaniem ciężko byłoby to nazwać. Wyspa nie wydawała się zresztą duża. Słońce w końcu zawitało na dziewiczym niebie.
   Minęła już prawie doba od katastrofy statku.
   Victoria otwarła oczy i energicznie wstała. Zobaczyła stojącego na skraju plaży i oceanu blondyna, patrzącego przed siebie. Stał plecami do niej, ale wiedziała, że jest zamyślony. Zresztą, jak zawsze. Znali się już prawie rok i potrafiła przewidzieć jego każdą myśl, ale ni mogła sobie poradzić z zachowaniami. Był dla niej zupełnie nieprzewidywalny. I niekoniecznie z dobrym tych słów znaczeniu.
   - Widzisz tam coś?! - krzyknęła do niego z szałasu.
   Odwrócił się i posłał jej ironiczne spojrzenie. Równie dobrze mógłby wzruszyć ramionami, wrócić do namiotu, albo zupełnie ją zignorować, nigdy nie widziała co nastąpi.
   - No co - poirytowała się dziewczyna idąc w jego kierunku. - Myślałam, że w twoim patrzeniu jest jakiś cel. Inny niż samo patrzenie się.
   Teraz przynajmniej wzruszył ramionami.
   Słońce było piękne, ale ten fakt był średnio pocieszający biorąc pod uwagę fakt, że było ono równie daleko jak cywilizacja. No, może nie aż tak, ale wrażenie pozostawało zbliżone. Victoria zdecydowania miała tendencję do przekoloryzowania faktów, ale jako rządna sensacji dziennikarka nie narzekała na tą tendencję. Sama wyspa, po krótkich oględzinach, okazała się być po prostu wyspą. Piach jak wszędzie indziej, woda raczej też, nie było sensu wchodzić do niej, żeby wiedzieć, że jest mokra. Znajdujący się nieopodal las też wydawał się zwyczajny. Taka zwyczajna zupełnie bezludna wyspa. I wszystko wskazywało, że bezludna była od początku swojego istnienia, a ludzie nie mają zwyczaju przeczesywać z zupełnie bezludnych wyspo w poszukiwaniu rozbitków. Ale przecież są jeszcze statki.
   - Jakieś statki muszą tędy przepływać – pomyślała na głos. - Niemożliwe, żeby nikt nas nie zauważył jeśli rozpalimy jakieś ogniska czy coś. Prędzej czy później ktoś nas znajdzie.
Trevor pokiwał głową, ale bez przekonania. Jak zawsze.
   - Miejmy nadzieję – powiedział pod nosem.
   - Nie bądź takim pesymistą. Przecież słyszeliśmy o wielu sytuacjach, w których udało się znaleźć rozbitków. Nie może być aż tak źle, że utkniemy tu na zawsze – nie mogła zrozumieć, czemu nie może, choć raz, starać się myśleć pozytywnie. Przecież nie było aż tak beznadziejnie.
   - A o ilu nieuratowanych rozbitkach słyszałaś? Ja nie wiele.
   Spojrzała na niego znowu rozgniewanym spojrzeniem. Faktycznie, Trevor czasami potrafił być energiczny i pełen werwy, ale to nie był jeden z tych dni. A te dni były faktycznie dość rzadkie. Teraz brał się do wszystkiego powoli, magazynując energię kosmiczną i mając jakiś plan, który dzielił tylko z samym sobą. A na początku wydawał się inny. Może bardziej zaradny? A może sama sobie go wtedy wyidealizowała do swoich potrzeb? Byłą jednak pewna, że tego wszystkiego sobie nie zmyśliła. Czasami zastanawiała się czemu przyjęła jego oświadczyny znając wszystkie jego wady. A mrukliwość była co najmniej frustrująca. W takiej sytuacji powinien być bardziej chętny do nawiązywania kontaktu. Victoria tego właśnie kontaktu potrzebowała do prawidłowego funkcjonowania. Na bezludnej wyspie była raczej poza swoją strefą komfortu.
   Spięła włosy w kucyk i ruszyła z powrotem do szałasu. Miała tam termos, który jakimś cudem znalazł się na plaży z pełną zawartością. W czasach niepowodzeń należy cieszyć się z małych rzeczy. Dzięki niemu nie musieli od razu szukać źródła wody, ale to było zadanie właśnie na dzień drugi. Oczywiście było to jasne dla wszystkich widzów programów poświęconych sztuce przetrwania w dziczy. A zarówno Trevor, jak i Victoria, do nich należeli.
   Przydatne rzeczy pojawiały się na plaży rzadko, ale kiedy już się pojawiały to mieli pewność, że pochodziły ze statku. Głównie wypływały resztki kadłuba czy inne metalowe, cięższe lub lżejsze kawałki. Czasami były to jakieś ubrania, walizki, buty, ale żadnych innych pasażerów. Statek był dość ciasno odsadzony, więc skoro przedmioty codziennego użytku znalazły drogę na powierzchnię, co stało się z ludźmi?
   - Dobra, no to co z wodą – zapytała w końcu Victoria.
   - No, trzeba będzie jej poszukać.
   Rudowłosa rzuciła mu kolejny raz zirytowane spojrzenie.
   Wiedziała, że jest wyjątkowo poddenerwowana zaistniałą sytuacją, ale i tak ciężko jej było myśleć o tym w ten sposób. Nie nadawała się do takiego stanu. Była z reguły pozytywna i pełna zapału, lecz wiedziała, że wyspa podda ją próbie. Brak cywilizacji mógł być zgubny nie tylko dla przyzwyczajeń, ale i dla psychiki. Nie chciała zwariować, chociaż z jej partnerem było to nadzwyczaj proste. Za to Trevor starał się nie myśleć o tym pod tym kątem w ogóle. Tak samo jak Victoria wiedział, że jedyne co może im pomóc to spokój, ale w ich towarzystwie tylko on potrafił ten spokój wykorzystać.
   Wyruszyli po wodę.
   Las wyrastający tuż za plażą ciągnął się daleko i najlepszą opcją znalezienia wody było podwojenie terenu poszukiwań. Najpierw szli razem w głąb wyspy, żeby potem odbić na wschód i zachód. Wszystko w każdą stronę było identyczne, jak to w lesie. Nigdy nie można być pewnym czy jeszcze się idzie właściwą trasą. Na szczęście w razie zgubienia wystarczyło iść cały czas z powrotem, bo z każdej strony lasu znajdowała się znana im plaża. A wyspa nie była duża.
   Victoria przechodziła kolejne strumyki, starając się nie zamoczyć, ani nie ubrudzić. Z reguły nie była specjalnie pedantyczna, ale w zaistniałych warunkach wolała zachować porządek w umyśle i na ciele. Jednak, pomimo że wiedziała że idzie w dobrą stronę, cały czas ją coś rozpraszało. Na początku nie miała pojęcia co to było. Może właściwie nic? Może już pojawiały się pierwsze halucynacje i inne oznaki odwodnienia? Tylko, że nie byli na wyspie dość długo, żeby być już odwodnieni. W końcu zauważyła co ją dekoncentruje.
Drzewa wydawały się jakieś inne.
   Kora była zbyt gładka, błyszcząca, zupełnie niepodobna do tych które widzi się w naturze. Brakowało oznak upływu czasu, nawet mchu. W tak czystym środowisku jak to powinno go być pod dostatkiem. Victoria zdziwiła się tymi faktami. Podeszła do jednego z drzew i, nie wiedzieć po co, zastukała w nie. Już wiedziała po co. Rozległ się dudniący odgłos uderzenia w metal.
   - To nie jest zwykła wyspa - powiedziała jakby do siebie.
   „Thank you, Miss Obvious” sama się skomentowała ironicznie, ale była zbyt zdziwiona, żeby pozwolić sobie na cokolwiek więcej.


CDN.

piątek, 3 maja 2013

Durarara! - Rozdział 1


Okej.
Nowy cykl opowiadaniowy, który będzie rozpisany na trzy rozdziały. Zostałem do niego poniekąd zmuszony przez moją znajomą, ale w sumie mi pasuje, bo pisania nigdy za dużo. A dodatkowo mam pomysł na w miarę ciekawe zakończenie. Przynajmniej mam taką nadzieję :)
Samo anime o nazwie Durarara jest mi dobrze znane, ale akcja toczy się tak, żeby osoby nieznające tematyki nie czuły się nią przytłoczone :) A żeby wszystko było jasne podam jeszcze linki do opisów postaci pojawiających się jak na razie - Shizuo HeiwajimaIzaya Orihara. Później pojawi się też kilka kolejnych postaci, ale na tym drobnym spoilerze poprzestanę :)
Miłego czytania!

***

Shizuo wziął głęboki oddech. Samolot wystartował. Bardzo zależało mu, że przypadkiem nie puściły mu nerwy, bo rozwalenie samolotu znajdującego się już w powietrzu nie było mądrym pomysłem. Na szczęście nie było tu nic co mogłoby wytrącić go z równowagi. Nic. Zupełnie nic.
Siedział przy oknie. Miejsce obok zajmował jakiś drzemiący dziadek, więc nie trzeba było się nim przejmować. Shizuo leciał do miasta Osaka. Tom chciał, że coś tam dla niego załatwił. Nie miał pojęcia co. Gość strasznie nudził i nie było sensu go słuchać. Miał jego numer, więc wystarczy zadzwonić. Patrzył przed okno. Lecieli teraz nad wodą. Dziwne, bo chyba nie powinni. Odegnał myśl, w końcu niespecjalnie znał się na mapach. Pewnie to zwyczajna trasa. Dalej lecieli nad wodą. I dalej. Błękit lekko go już nudził, więc uznał, że może się zdrzemnąć. Więc się zdrzemnął.
Obudziły go lekkie szarpnięcia. Otworzył oczy. Była to młodziutka stewardesa.
- Już jesteśmy na miejscu – poinformowała go.
Rozejrzał się. Faktycznie, nikogo już nie było. Wstał. Zrobił to na tyle nagle, że dziewczyna nie zdążyła się odsunąć. Odskoczyła. Sekundę trwało zanim zrozumiał czemu. Oto on, wysoki i górujący nad nią, mógł ją wystraszyć. Szczególnie, że ona miała może metr pięćdziesiąt, a postury raczej drobnej. Zrobiła kolejny krok do tyłu.
- Przepraszam – ukłoniła się.
Szybkim krokiem opuściła go. Można by wręcz powiedzieć, że uciekła zostawiając blondyna z wyrazem lekkiego zaskoczenia na twarzy. Głęboki oddech. Byleby nic nie zniszczyć.
Wyszedł na zewnątrz. Mijając ludzi czuł się trochę dziwnie. Dookoła panowała atmosfera,  do której nie był przyzwyczajony. Sami ludzie też byli inni. Nie przejął się tym. Tak bywa kiedy znajdzie się w nowym miejscu. Odebrał swój bagaż i wyszedł na ulicę. Teraz naprawdę coś mu nie pasowało. Wszędzie dookoła migały i jarzyły się nie japońskie, ale angielskie napisy. Coś naprawdę mu nie grało. Obejrzał się za siebie. Przez oszklony hol lotniska dostrzegł jeden, bardzo niepokojący napis. Welcome in New York City. Ścisnął rączkę swojej niewielkiej walizki z siłą lekko przekraczającą ludzkie możliwości. Na szczęście nic nie uszkodził, bo ktoś bardzo mądry oblepił wszystko pianką czy czymś. Nie wiedział kto i nie wiedział czym. Nieważne. Głęboki oddech. Rozluźnił uścisk. Trzeba szybko coś wymyślić, a nie niszczyć lotnisko. Trudno mu to przyszło, ale powstrzymał się od rzucania wielkimi przedmiotami. W tym momencie poczuł szarpnięcie przy dłoni. Spojrzał. Nie było walizki. Wzrok lekko do góry. Jakiś dzieciak biegł z jego własnością zwinnie unikając zderzeń z przechodniami. Oczy blondyna naszły krwią. Bez chwili zastanowienia rzucił się w pościg. Miał inną taktykę utrzymania prędkości. Zamiast unikać ludzi, sunął niczym taran nie zastanawiając się kogo odpycha. O dziwo, cały czas miał złodzieja w polu widzenia.
- Choć tu, ty mała cholero!!! – ryknął przyspieszając.
Nie wiedząc kiedy znaleźli się między jakimiś czerwonymi kamienicami. Ścigany skręcił w jedną z wychodzących uliczek. Shizuo za nim. Ale zatrzymał się. Przed nim znajdowało się kilka możliwych dróg. Cztery drabiny ciągnący się całą wysokością ściana, studzienka i kilka kolejnych, wąskich dróżek. Mężczyzna ryknął rozwścieczony. Nie miał pojęcia gdzie złodziej mógł zwiać. Normalnie wyczułby zapach tej mendy, ale w nieznanym sobie mieście wszystkie wonie były równie niewiadome co intensywne. Walnął pięścią z całej siły w jedną z drabin. Ta zatrzeszczała i wygięła się w dosyć fantazyjny sposób. Wdech, wydech, wdech, wydech. Znowu uderzył, a tym razem dolna część oderwała się i z hukiem uderzyła o ziemię. Wdech, wydech, wdech, wydech. Tym razem jego nerwy były w pełni uzasadnione. Miał tam swoje dokumenty. Pieniądze. Bieliznę! Wylądował w środku amerykańskiego snu, ale to prędzej był koszmar. Ale trzymać się pozytywów! Pozytywów! Wdech, wydech, wdech, wydech. Wystarczy, że wróci na główną ulicę i na lotnisko. Tam się pomyśli. Wdech, wydech, wdech, wydech. Tak, dobrze słyszeliście, pomyśli! Cofnął się do poprzedniej uliczki.
Tu pojawił się malusieńki problem.
Ta uliczka wyglądała zupełnie tak samo jak poprzednia. Poszedł dalej. Znowu taka sama. Frustracja narastała z każdą kolejną chwilą. Tylko, że on nie miał czym rzucać! A urywanie sobie kończyn i rzucanie nimi, chyba się nie liczyło. Żeby wyładować złość postanowił biec tym labiryntem i a nuż, gdzieś wyjdzie. Nie zastanawiał się nad tym. Po prostu wkładał odpowiednią ilość energii każdy kolejny krok, czy wręcz skok. Wszystko byłoby miło i szybko, gdyby nie jeden drobiazg. Skręcając w jedną ścieżkę wpadł na kogoś. O ile sam się nie przewrócił to koleżka upadł z całkiem dużą mocą. Mimo to szybko stał i wyprostował się. Był średnio wysokim, umięśnionym blondynem ubranym w błękitny T-shirt i jeansy. Zdawał się być lekko zakłopotanym.
- Przepraszam – burknął po angielsku.
Wyraźnie był rozmowny na podobnej zasadzie co Shizuo. Czyli niespecjalnie. Kiwnął głową i miał już sobie iść, ale został powstrzymany. Co prawda, Japończyk nie był specem od języków obcych, ale postarał się powiedzieć coś w języku rozmówcy.
- Zgubiłem się – wydukał.
W normalnych okolicznościach nigdy, by tych słów nie wypowiedział. Teraz po prostu bardziej skomplikowanego zdania nie byłby w stanie sklecić.
- Chcesz dojść do ulicy?
Może i małomówny, ale całkiem rozumny. Ruszyli razem w prawdopodobnie właściwym kierunku. Obaj milczeli. Przy okazji, byli w takich odmętach, że nikogo tam nie było i przejmująca cisza była raczej zwyczajnym zjawiskiem. Mimo raczej ogólnej niewielkiej rozmowności potrącony blondyn odezwał się.
- Nie jesteś stąd? – zapytał.
- Nie.
- Skąd konkretnie?
- Tokio.
- Ja stąd. Nowego Jorku.
Przerwa.
- Nazywam się Trevor. A ty?
- Shizuo Heiwajima.
Rozmowy chyba na tyle. Ani jeden, ani drugi nie przejawiali specjalnej potrzeby kontynuowania konwersacji.
Przeszedł ich dreszcz. Trevor zatrzymał się pierwszy, a za nim Shizuo. Spojrzeli za siebie. Wzrok skierowali prosto w jedną, wyjątkową ciemną uliczkę. Dostrzegli tam ciemną sylwetkę opartą o mur. Japończyk wyraźnie się spiął. Tajemniczy osobnik wyprostował się. Zdawał się na nich patrzeć, ale że był w cieniu trudno było to określić. Cofnął się. Obaj mężczyźni podbiegli szybko tam gdzie stał. Ani śladu. Uliczka kończyła się ślepym zaułkiem. A gościa ani śladu. Zupełnie jakby rozpłynął się w zanieczyszczonym spalinami powietrzu.
- Co to, do cholery, było?! – irytacja Shizuo zaczęła szybować ku górze.
- Nie mam pojęcia. Pewnie nic ważnego – ostudził go Trevor.
Wyszli ze ślepej uliczki. Poszli kawałek. Mijali kubły na śmieci, gdy pojawił się ktoś kolejny. Czarnowłosy dziwak ubrany na czarno, ale inaczej niż poprzedni. Bardziej na luzie. I jego bluza miała idiotyczny kaptur z futerkiem. Z jakiegoś powodu japończyk zaczął się trząść. Kilka sekund później kubeł na śmieci leciał już w kierunku nieznajomego. No, nieznajomego przynajmniej dla Trevora.
- Czeeeść, Shizuś – zaśmiał się koleżka robiąc zgrabny unik. – Cóż tu porabiasz?
Drugi kubeł też poleciał, ale znowu nic nie zrobił czarnowłosemu.
- Widzę, że się za mną stęskniłeś – zachichotał. – Nigdy nie spodziewałem się, że zobaczę cię tu, moja droga bestio. Jaki ten świat jest zagmatwany, co Shizuś?
Shizuo widząc, że nie ma już czym rzucać wyraźnie miał zamiar rzucić się swojemu znajomemu do gardła. Trevor chwycił go za ramię i powstrzymał skinieniem głowy. Czarnowłosy wyraźnie się zdziwił, że Shizuo posłuchał. Z oporami, ale posłuchał. Natychmiast powrócił do uśmiechniętego wyrazu twarzy. Jakby nie zwracając uwagi na niebezpieczeństwo zrobił kilka kroków do przodu. Zaśmiał się głośno przez co coraz trudniej było powstrzymywać jasnowłosego Japończyka przed atakiem. Trevor odepchnął go i sam podszedł do dziwaka.
- Weźże się uspokój – powiedział łagodząco i błyskawicznie uderzył go w twarz. – Kim jesteś?
Ten przewrócił się. Był wyraźnie w szoku, ale szybko się opanował.
- Izaya Orihara, informator, lat 25 – odpowiedział znów ze swoim podłym uśmieszkiem.
Tym razem Shizuo oprócz wściekłości przejawiał też lekkie zdziwienie. Nigdy nie widział, żeby ktokolwiek, poza nim samym, był w stanie uderzyć tę mendę. Ale Trevor stał spokojnie, jak gdyby nigdy nic. Czyżby był kolejną osobą nierozszyfrowywalną dla Izayi? Jak do tej pory tylko Shizuo był dla niego w pewnym sensie zagadką. Ale teraz informator zdawał się wręcz męczyć utrzymując zadowolony wyraz twarzy. Zdawał się być porządnie wytrąconym z równowagi.
- Masz nowego kolegę…? Shizuś? – wycedził. – Jak to się ludzkie losy plączą. Szkoda, że nie jesteś człowiekiem, mój potworze. Szkoda, że nie jesteś człowiekiem…
Zaczął rechotać i obracać w miejscu. Widząc to wariackie zachowanie Trevor znowu podszedł do Izayi. Znowu bez zbędnych emocji. Uśmiech informatora był już w pełni uzasadniony, wiedział czego się spodziewać.
- Jestem Trevor – powiedział opanowanym tonem i walnął go w nery.
Cóż, cios w głowę to jedno, ale żeby aż tak? Czarnowłosy zgiął się w pół, ale utrzymał się na nogach. Nie chciał się aż tak poniżać wiedząc, że Shizuo patrzy na jego słabość. A on nie był słaby. Tylko zaskoczony. Musi tylko nauczyć się bardziej trafnie przewidywać zachowanie Amerykanina. 

***

Koniec.
I jak, drodzy czytelnicy? Jakieś opinie, zastrzeżenia?

PS. Nowa strona Sukursu (dawniej Odsieczy) pojawi się w niedzielę. I wreszcie zacznie się coś dziać!

sobota, 9 marca 2013

Pora na przygodę - Rozdział 1


W ostatnim poście wspominałem o opowiadaniach. Poniżej zamieściłem pierwsze :) 
To jest osadzone w Krainie Ooo z kreskówki Pora na Przygodę. Fabuła będzie rozpisana na 4, może 5, wpisów.
Miłego czytania.

***

Trevor szedł szybkim krokiem przez rozległą równinę. Słońce uporczywie prażyło mu kark. Nie było to miłe, szczególnie że na plecach niósł stosunkowo ciężki miecz. Naramienniki i nakolanniki też nie ułatwiały mu podróży. Nie miał jednak wyboru. Księżniczka Długopisów prosiła go, żeby coś dla niej załatwił. Teoretycznie miał wybór, ale gdyby odmówił pewnie kazałaby go zabić. Miał już doświadczenie z takimi pannami.. Już nie raz próbowały go wykończyć. Szczególnie Księżniczka Tasaków i Maczet. Ona to dopiero była ostra.
Wyglądało na to, że podróż miała być naprawdę ciężka. Widoczny w oddali las był widoczny tylko dlatego, że teren był w miarę płaski. W praktyce mogło to być jakieś dwadzieścia kilometrów. Jęknął znużony.
Miał przekazać wiadomość Księżniczce Piór Wiecznych, bo władczyni długopisian nigdy nie pozwoliłaby na kontakt jej poddanych ze swoim wrogiem. No i nie uznawała gołębi pocztowych. Na jej terenie nie miały one żadnych praw, podobnie jak inne mniejszości. Szkoda, bo wiele by to ułatwiło. Nie było jednak aż tak źle. Królestwo, do którego zmierzał, było tuż za Puszczą Śmierci Bolesnej. Dobrze byłoby, żeby przekroczenie lasu poszło w miarę bezproblemowo, ale kto wie.  Jeszcze nigdy nie był w tamtym miejscu.
Szedł i szedł. Że, akurat musiał opuścić go Skrzydlaty Plecak. Mógłby w ten sposób bardzo ograniczyć czas, ale nie było może, żeby go zatrzymał. Był to zakładnik Żab Sprawiedliwości, które też chciały latać, a nie mogły. Chciały wydusić z Plecaka jak to się robi. Powiedział im, że do tego potrzebne są skrzydła, a że one ich nie mają to postanowiły go zabić. Trevor uratował go i zwrócił rodzinie. Koniec retrospekcji.
Mężczyzna miał nadzieję, że las choć trochę się przybliżył, ale prawie wcale. Takie odległości są bardzo złośliwe.
Zwracając uwagę na ilość kilometrów Trevor postanowił, że da sobie spokój z nadmiernymi przemyśleniami i retrospekcjami, bo najprawdopodobniej mózg, by mu się przegrzeje.
Myślenie – stop!
Kiedy był już na miejscu Słońce zaczęło zachodzić. Mężczyzna usiadł pod jednym z drzew mając nadzieję, że ono go nie zje. Wydawało się być spokojnym drzewem. Zdrzemnął się pod nim jakieś piętnaście minut. Potem wstał. Udało mu się odzyskać choć trochę energii. W momencie wejścia do lasu Słońce zaszło już całkowicie.
Drzewa były upiorne, ale tylko trochę. Trevor znał drzewoludzi i po kilku krokach wiedział, wiedział, że na pewno ich tam nie ma. Mieli zwyczaj rzucania się z pazurami na swoje ofiary. Mimo, że nie były jednej z morderczych ras to las wciąż pozostawał niepokojący. Był zdecydowanie za cichy. Zupełnie jakby wszystkie zwierzęta ucichły lub nie żyły. Może lepiej byłby zostać przy pierwszej opcji. Szedł jednak przed siebie mając nadzieję, że przeżyje przeprawę.
Wiedział, że las jakiś wybitnie duży nie był. Przejście wzdłuż powinno trwać niecałe dwie godziny.
Nagle doszedł do niego odgłos szelestu. Odwrócił się pospiesznie. Stała za nim mała kaczuszka. Natychmiast sięgnął po krótki mieczyk.
- Czego ode mnie chcesz, maro nieczysta? – krzyknął na nią.
Nie odezwała się. Zza znajdujących się za nią krzaków zaczęły wyłaniać się kolejne żółtopióre stworzenia. Zdawało się, że nie mają końca. Trevor zrobił krok do tyłu pilnie je obserwując z wyciągniętym mieczem. Wtedy pojawiła się ostatnia kaczka. Miała na głowie złotą koronę.
- Zabijcie tę ludzką poczwarę – zakwakała władczo.
Nie zastanawiając się mężczyzna rzucił się do ucieczki przed chmarą żółtych, uroczych morderców. Biegnąc doszedł do wniosku, że ta niespodziewana sytuacja porządnie usprawni przejście lasu. No, o ile przeżyje. Miał nadzieję, bo wypatroszenie przez rój tysiąca kaczuszek nie był zbyt heroiczną śmiercią.
Ostatkiem sił wybiegł z lasu. Pościg dobiegł końca. Opierzeni oprawcy już go nie gonili. Opuścił ich terytorium. Szaleńczy biegł dobiegł końca. Nie został jakoś szczególnie poszkodowany, ale jedna z kaczuszek wgryzła mu się w piętę i trzeba było jakoś się jej pozbyć. Na szczęście wystarczyło ją tylko dziabnąć mieczykiem, żeby puściła i uciekła z powrotem do lasu.
Westchnął. Ruszył w mroku drogą wychodzącą z lasu, której jakimś cudem wcześniej nie zauważył. Po chwili dotarł do bramy zbudowanej z dwóch wielkich kałamarzy. Zastukał trzy razy. Z okienka na szycie jednego z kałamarzy wychylił się strażnik.
- W jakim celu się tu znalazłeś? – zapytał cierpko.
- Mam przekazać wiadomość Księżniczce Wiecznych Piór – odparł.
- Księżniczka śpi. Otworzę ci rano – dodał strażnik i wrócił do środka kałamarza.
Trevor stał przez chwilę dalej patrząc lekko zdziwionym wzrokiem w okienko. Czy to była gościnność Wiecznych Piór? Najwyraźniej. Usiadł przed bramą. Zdał sobie sprawę, że nie spał już dwie doby.  Opadł na plecy mając nadzieję, że żaden nocny stwór  nie postanowi się nim pożywić.
Odpłynął.
Obudził się ze świadomością ośmiu przespanych godzin. To uczucie bardzo mu odpowiadało. Szczególnie, że pewnie czekało jeszcze dużo roboty. Wstał i zapukał ponownie w bramę. Tym razem otwarła się od razu. Mieszkańcy wyglądali jak najróżniejsze stalówki czy kałamarze. Patrzyli na niego z niepokojem. Fakt, że do miasta zawitał wędrowny, blondwłosy wojownik nie napawał ich spokojem.
Skierował się do centrum miasta. Stał tam zamek w kształcie wielkiego, rozciągniętego w górę kałamarza. Z jego czubka wyrastała wysoka na kilkadziesiąt metrów czarna wieża. Z budynku wyszła Księżniczka. Wyglądała jak bardzo kształtna niebieska stalówka. Zmierzyła go podejrzliwie wzrokiem.
- Przysłała cię Długopiśnica, człowieku? – zapytała bez zbędnych ceregieli.
- Poniekąd – odparł mężczyzna. – Idę akurat tą trasą, więc poprosiła mnie, żebym coś przekazał.
- Czyli co, człowieku? – fuknęła na niego.
- Księżniczka Długopisów chce oficjalnie potwierdzić stan wojny.
Władczyni patrzyła na niego dziwnym wzrokiem. Odniósł wrażenie, że jej stalówkowa twarz wykrzywiła się w grymasie okrutnego uśmiechu.
- Z chęcią – mruknęła pod nosem. – A teraz wynoś się, człowieku.
Blondyn znowu zdziwił się manierami tego ludu, ale bez gadania opuścił nieprzyjemne miejsce.
Nie miał im za złe, że wyprosili go właśnie w ten sposób. Miał im za złe to, że nie zaproponowali mu żadnego jedzenia ani nic.  Za dwiema dobami bez snu szły też dwie doby bez jedzenia. To nie było miłe.
Jako, że był wędrownym łowcą smoków nie miał również specjalnych środków finansowych. Zwykle kiedy zabijał jakąś bestię to uciskany przez nią lud z chęcią wyposażał go w jakąś nową broń albo ofiarował pokarm. Ten zwykle był jadalny dla człowieka, ale nie zawsze. Wolał nie wspominać jak mieszkańcy pewnego bardzo uczynnego królestwa chcieli, żeby zjadł… No właśnie, wolał tego nie wspominać.

piątek, 15 lutego 2013

Odsiecz ~01~

Dziewczyna trzyma dyktafon, jakby ktoś nie rozpoznał.

Okej, pierwsza strona gotowa.
Teraz popracuję dalej nad głównym wątkiem i do zobaczenia za tydzień.