Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pora na przygodę. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pora na przygodę. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 kwietnia 2013

Pora na Przygodę - Rozdział 4

Nowy rozdział gotowy!
Szczerze, nie mam pojęcie czy jest to dłuższe czy krótsze od poprzedników. Po prostu pisałem to co mi dusza podpowiadała (czyli prostu chora psychika). Czcionka większa, bo ostatnio zostało mi zarzucone przez znajomą, że jest za mała. Nie wiem czy to prawda, ale "klient nasz pan". Choć osobiście wydaje mi się trochę teraz za duża.
Mam nadzieję, że będzie odpowiadać wam nowa i ostatnia część :)
Miłego czytania! 

Trevor z Victorią wyskoczyli przed smoka. Mężczyzna z Mieczem, Którym Zabijano Smoki zaatakował gada. Ten zionął ogniem, ale łatwo było go uniknąć. Zamach. Głowa poleciała kilka metrów dalej. Znowu. I tak jak poprzednio w miarę szybko rana się zregenerowała. Na razie nie pozostawało im nic innego jak dalszy atak siłowy. Choć teoretycznie był bez sensu to coś mogło się udać. Victoria wyciągnęła rewolwer. Blondyn zdziwił się, pierwszy raz od bardzo dawna zobaczył broń palną. W tym rejonie był to ewenement i większość mieszkańców nawet nie słyszała o takim cudzie. Ale ona jak gdyby nigdy nic strzelała i to całkiem celnie. Pif, paf, ale efekt raczej zbliżony do poprzednika. Smok, który powinien być już kilka razy martwy, próbował ich zabić. Ironia tragiczna. Prawie jak w Balladynie. Co chwila uskakiwali przed płomieniami, ale to było o tyle prostsze, że smoczek nie mógł celować w dwie strony równocześnie. Nagle się zatrzymali. Smok zdawał się wciągać powietrze. Trevor i Victoria nie zaprzestali ataków, ale stało się to czego się nie spodziewali. Z obu dziurek od smoczego nosa wydobył się ogień lecący w dwie strony, w których stali. Uciekli przed morderczą pożogą, ale z trudem ukryli się za stojącą obok kupą złota.
- Musimy szybko wymyślić jakiś konstruktywny plan! – zaproponowała lekko zadyszana Victoria. – Przecież on sam z siebie się nie zabije.
- W sumie, czemu nie? – zastanowił się Trevor.
Księżniczka spojrzała na niego jak na absolutnego idiotę. Wyraz jej twarzy odpowiadał mniej –więcej reakcji inteligentnego człowieka na nowy „hit” Justina Biebera.
- Czy masz zamiar zmusić go do samobójstwa? – zapytała oschle. – Chcesz mu powiedzieć, że ma popełnić samobójstwo? Raczej łatwiej będzie mu zabić nas niż siebie. Taki szczegół.
Blondyn nie odpowiedział. Jako, że cały czas byli pod ogniowym ostrzałem złote usypisko malało w równych odstępach czasu. A on myślał. Wziął do ręki Miecz, Którym Zabijano Smoki.
- Pomóż mi, moja stara przyjaciółko.
Victoria spojrzała na niego podobnym wzrokiem co wcześniej. Odetchnęła kilka razy na uspokojenie, ale jej wzrok wciąż wyrażał lekko zażenowane emocje. W jej głowie kołatały się najróżniejsze myśli. „Czemu on mówi do miecza jak do osoby?”, „Czy w ogóle zwrócił na nią uwagę?” i „Czy to możliwe, że latające wiewiórki mogą przelecieć lotem ślizgowym aż siedem metrów między drzewami?”. Ale to wszystko to było nic. Patrzyła z zapartym tchem jak Smok Nieśmiertelności wstrzymuje atak i przygląda się podejrzliwie jej potencjalnemu chłopakowi. Ten trzymając długi na dwa metry miecz zbliżał się do niego. Wziął głęboki wdech i krzyknął.
- Przyzywam cię, Obrończyni Miecza!!!
Nic się nie stało.
Zaraz. Stop! Stało się! Po kilku sekundach miecz zaczął świecić się na zielono. Zaczął też się przekształcać. Uniósł się w powietrze, upłynnił się i przeobraził w smoka. Cóż, smoka jak smoka. Plus-minus takiego jak jego przeciwnik. Wysoki na pół metra, krępy… Przepraszam. Sądząc po dosyć fantazyjnych blond włosach powinno to zostać powiedziane trochę inaczej. Wysoka na pół metra i krępa smoczyca. Może nie zjawiskowa, ale Smokowi Nieśmiertelności powinna się spodobać. Byli na podobnym poziomie atrakcyjności. W tym złym tych słów znaczeniu.
Miedzy dwoma gadami narastało dziwne napięcie. Jak między starym, niekoniecznie dobrym, małżeństwem. Zbliżyli się do siebie. Przygotowywali się do walki na śmierć i życie.
- Co? – zapytała na głos dziewczyna wychodząc z kryjówki. – Co to ma być? Przepraszam, ale gdzie tu jest jakikolwiek sens? Jakim cudem miecz zamienił się w smoka? Czy między tą dwójką były jakieś relacje, o których powinniśmy wiedzieć? To bardzo ważne, żeby racjonalnie ocenić sytuację! A przecież nic tu się nie trzyma jakiejkolwiek logiki! – chwila przerwy. - Dlaczego kotlety nie latają?
Trevor i oba smoki spojrzeli na nią spode łba.
- Niszczysz atmosferę – fuknął Trevor jak niezadowolony kot.
O jak słodko…” pomyślała Victoria. Zamyśliła się nad słodkością zaistniałej sytuacji, a smokom to odpowiadało, bo wreszcie przestała im przeszkadzać.
- Mówiłeś, że zaraz wrócisz! Ile miałeś zamiar siedzieć tu ze swoimi koleżkami?! Tobie tylko głupie mecze w głowie! – smoczyca rozpoczęła swój wywód smoczej żony.
- Ale kochanie… -zająknął się smok.
- Nie pyskuj mi tu. Co chcesz powiedzieć?! Pewnie znowu uganiałeś się za jakimiś jaszczurkami! No co?! Czy naprawdę sądziłeś, że nie zauważę tego co robiłeś?! Jeszcze się wzbogaciłeś! Czy miałeś w ogóle zamiar powiedzieć mi o tej złotej jaskini?!
- Ale, kochanie, zostałaś zaklęta w miecz ponad tysiąc lat temu. Jak miałem ci powiedzieć o jaskini? Jak miałem ci powiedzieć cokolwiek?
- NIE PYSKUJ!!! Jakbyś chciał to byś to zrobił!
Smok popatrzył na Trevora i Victorię wzrokiem mówiącym tylko jedno słowo - „Pomocy”. W sumie zrobiło im się żal stwora, który dopiero co chciał ich zabić. Nie zasłużył na tak straszliwą karę jak zrzędliwa żona. Coś jednak wisiało w powietrzu. I z pewnością nie był to kotlet. Wyczuwało się, że to będą ostatnie chwile. Smoczyca uniosła łapkę, bo jak to inaczej nazwać, i w powietrzu napisała trzy ognisty cyfry. 666. Jarzyły się niemiłosiernie. Smok Nieśmiertelności zdębiał na ich widok. Następny ciąg zdarzeń był stosunkowo nieprzewidywalny. I szybki.
Padł. Umarł. Nie żyje.
Trevor i Victoria spojrzeli po sobie, a potem na smoczycę.
- Co się stało? – odezwała się pierwsza Victoria. – Przecież tego smoka nie można zabić! Wszędzie pisali, że nie można go zabić!
- Ale to była śmierć naturalna – odparła gadzica. – Nikt go nie zabił. Sam umarł.
- Dobrze, ale jak? Teoretycznie smok NIEŚMIERTELNOŚCI powinien być NIEŚMIERTELNY!
Paczały przez chwilę na siebie, a Trevor zastanowił się nad sensem tej międzygatunkowej, żeńskiej wymiany zdań. Jeśli smok nie żyje to nie żyje. O czym tu dyskutować? Trzeba się cieszyć i zabrać z jaskini tyle złota ile tylko można unieść.
Nie zważając na jego racjonalne argumenty, kobiety dalej dyskutowały.
- Heksakosjoiheksekontaheksafobia. Lęk przed liczbą 666. Dostał zawału. Umarł śmiercią naturalną.
Po tych niezwykle optymistycznych słowach smoczyca zajęła się ogniem i ponownie przekształciła się znowu w Miecz, Którym Zabijano Smoki. Choć w sumie to powinien być Smok Zaklęty w Miecz, Którym Zabijano Smoki. SZMKZS. Nie, lepiej zostawić MKZS. Sprawa smoka nękającego okolicę rozwiązana. Victoria westchnęła pocieszona. Rozejrzała się. Trevora nie było. Zdziwiła się i zaczęła nerwowo szukać go wzrokiem. Kątem oka zobaczyła wystającą zza jednej ze złotych kupek stopę blondyna. Podeszła tam, żeby zobaczyć co robi. Schylał się i wyraźnie zagarniał coś do wszystkich możliwych kieszeni i… sakiewek. Uniósł głowę i spojrzał na nią karcącym wzrokiem.
- Za jedzenie i uzbrojenie trzeba czymś płacić – rzucił oskarżająco i znowu się pochylił.
W tym momencie księżniczka przypomniała sobie, że znajdowali się w jaskini w całości wypełnionej złotem. Zastanowiła się chwilę. „Co prawda jestem księżniczką…”pomyślała również się schylając. „Ale trochę dodatkowych środków też by się przydało”. Zgarniali złote monety ramię w ramię aż nie zapełnili wszystkich możliwych zakamarków w odzieży. Bez słowa powędrowali ku bramie i opuścili złote miejsce. Kilka sekund później wrota przeobraziły się w litą skałę.
- Dobrze, że nie zmarnowaliśmy tam czasu – westchnęła Victoria usatysfakcjonowana.
Trevor pokiwał głową. Spod koszuli wyleciało kilka monet. Blondyn szybkim ruchem wgarnął je tam gdzie były. Akceptował niektóre przedmioty jako leżące na ziemi i ich nie tykał, lecz ta zasada nie tyczyła się pieniędzy. W końcu nie rosną na drzewach. Co prawda spotkał rasę drzew, na których rosły złote monety, ale drzewa te lubiły też zjadać ludzi. W ten sposób zebranie dużej ilości cennego kruszcu było problematyczne. Szczególnie, gdy na zainteresowanego łatwym zarobkiem biegł rozwścieczony, dosłownie, las.
Szli wzdłuż góry, a dookoła rozciągała się trawiasta równina. Gdzieś w oddali zobaczyli olbrzymiego, żółtego psa, który rósł z każdą chwilą. W pewnej chwili przestał rosnąć, ale zamiast tego przemienił się w wielkiego klapka. A potem w glana. Na koniec w kotleta na nóżkach. Przy nim stał mały chłopiec przebrany za królika machający we wszystkie strony zardzewiałym mieczem. Łowca smoków przyjrzał się temu co tam robili. Walczyli z czymś. Zobaczył małe, opierzone, wściekłe kulki. Aha, walczyli z kaczuszkami. Chłopiec zamachnął się i przeciął swym zacnym orężem kilka z nich na pół. Trevor parsknął, ale przypomniał po sobie jak sam niemal nie został pokonany przez te małe bestie. Victoria też stała, patrzyła i, prawdopodobnie, myślała. Ale blondyn nie interesował się tym zbytnio, bo zdawał sobie sprawę, że nie pojąłby co się dzieje w jej kobiecej głowie.
Po kilku chwilach ruszyli znowu przed siebie. Victoria wydawała się bardziej rozmowna, ale Trevor nie. Myślał o biednych bezdomnych lemurach. Mimo to dziewczyna postanowiła jakoś zagadać.
- Masz coś do roboty? Jakieś zlecenie, misję? – zapytała ciekawsko.
Mężczyzna pokręcił bezgłośnie głową.
- Chcesz iść do jakiegoś miasta? Tawerny? Słyszałam, że niedaleko jest miasteczko Kangurów Linoskoczków i jest tam bardzo interesujący lokal.
Znowu pokręcił na „nie”.
- A co powiesz na randkę? – kontynuowała, ale już bez takiej wiary jak wcześniej.
Tu chwila zastanowienia.
Trevor pokiwał głową. Można by odnieść wrażenie, że z większą dozą optymizmu niż wcześniej.


***
Zostawiłem w miarę otwarte zakończenie, bo istnieje szansa, że przyjdzie mi kiedyś do głowy kontynuacja tej jakże szalonej serii :)

sobota, 23 marca 2013

Pora na Przygodę - Rozdział 3


Nowiutki rodział. Zapraszam do czytania.
W najbliższym czasie opublikuję rysunki do tego rozdziału. Postaram się, żeby były w miarę sympatyczne ;P 

***

Trevor szedł przez rynek miasteczka Wiecznych Wołów. Kupił tam nowy pokrowiec na Miecz, Którym Zabijano Smoki. W sumie, dostał go za darmo. Woły był dla niego bardzo przychylne, bo po drodze zgładził nękającego je smoka adwokackiego. Był w miarę prosty do zabicia, bo zamiast płomieniami ział protokołami. Lud ten nie umiał czytać ani pisać, więc kolejne protokoły były dla niego prawdziwą udręką.
Kiedy wychodził z miasta usłyszał oklaski, ale nie zatrzymał się. Od miejscowego przywódcy dowiedział się o dość uciążliwej bestii nękającej zaprzyjaźnione z nim plemię. Przydałoby się gada wykończyć. Nagroda za tę misję też była całkiem kusząca. I całkiem pieniężna.
Nawiasem, nikt nie wiedział nic na temat tajemniczego słowa „kotlet”. Trzeba było z tym poczekać na jakiś dogodniejszy moment.
Po godzinie wędrówki doszedł do góry, którą ponoć zamieszkiwał ów smok. Jedynym logicznym wejściem była widoczna zza niskich zarośli jaskinia. Kształtem przypominała wielkie drzwi. Dawało to dziwny efekt. Wszedł do środka. Na jej ścianach w równych odstępach porozmieszczane były pochodnie. Wzmagały one uczucie tajemniczości i mroku. Na końcu Blondyn dostrzegł olbrzymie drewniane wrota w złotej ramie. Podszedł do nich. Coś co nimi przechodziło musiało być większe niż przeciętny smok. I to całkiem sporo większe. Ale miał już kolekcji głowy równie wielkich poczwar.
Nagle przed nim pojawił się sięgający do jego ramion człowieczek z głową sowy.
- Aby przejść musisz odpowiedzieć na moją zagadkę! – zahukał. – Bez nóg nie ucieknie, bez rąk się nie wespnie, w panice przed czterema kłami celującymi w jego skórę. Co to jest?
Mężczyzna spojrzał dziwnie na sowogłowego. To co powiedział było tak co najmniej bez sensu, ale czego można się spodziewać po takich stworzeniach. Myśl, myśl pomyślał do siebie Trevor. Nie było to wcale takie proste. Jako łowca smoków miał zabijać gady, a nie zastanawiać się nad niezbyt filozoficznymi pytaniami. Czy dobrym pomysłem byłoby otwarcie bramy mieczem? Trudno powiedzieć jakie zaklęcia ją chroniły. Zadanie mogłoby być całkiem proste, ale z doświadczenia wiedział, że rzadko tak bywa. Przydałoby się odpowiedzieć. A najlepiej poprawnie. Zastanowił się. Czy coś mogłoby mu pomóc?
Jedna myśl nawiedziła jego stosunkowo pustą głowę.
- Kotlet – wypalił bez zastanowienia.
Człowiek-sowa spojrzał na niego dziwnie. Powoli pokiwał głową z jakby rozpaczą w oczach. Wyraźnie nikt wcześniej nie odgadł zagadki. Ubranie sowogłowego zajęło się ogniem. On krzycząc desperacko starał się ugasić płomienie, ale nie dało się. Spłonął żywcem. Zostały z niego tylko zwęglone kości. Trevor patrzył na tę sytuację będąc w szczerym szoku. Czyżby to była kara dla strażnika, że łamigłówka została rozwiązana? Mężczyzna zastanawiał się jednak nad czymś innym.
- Skoro umarł to kto mi teraz otworzy bramę? – powiedział do siebie z pretensją w głosie.
W tym samym momencie wrota się otworzyły.
- O! I po sprawie – ucieszył się.
Miło zaskoczony ominął zwłoki strażnika i wszedł przez wejście. Jego oczom ukazał się niezwykły widok. Znajdowały się przed nim całe góry złota. Góry, że aż góry złotych monet, posążki i inne wyznaczniki bogactwa. W sumie, trudno się dziwić. Smoki były bardzo chciwe i lubią gromadzić kosztowności. Choć nawet tu było ich bardzo dużo. Aż dziwne, że nikt go jeszcze nie obrabował. Zobaczenie złodzieja między złotymi kopcami nie mogło być łatwe. Trevor omijając kolejne kupki złota dostrzegł szkielet obwieszony prawie spalonymi ubraniami. Czyli już wiadomo co się stało ze złodziejami. Ale on miał Miecz, Którym Zabijano Smoki. Z nim nie powinno być większego problemu. Idąc dostrzegł coś dziwnego. Wyszedł na coś jakby złotą polanę, a w jej centrum znajdowała się fontanna tryskająca płynnym złotym. Takich cudów to on jeszcze nie widział. Tym razem z zupełnie ludzkich przyczyn pomyślał, że warto byłoby zabić tego smoka. Minął fascynujący obiekt i poszedł dalej. Swoją drogą, ta jaskinia była niepokojąco wielka. A otaczające go ze wszystkich stron złoto układało się w coś, jakby labirynt.
Minął zakręt i jego oczom ukazało się coś chorego. Czyżby gadzina miała coś w rodzaju obsesji? Zapewne. Przed nim stały dziesiątki złotych posągów księżniczek. I na pewno nie były to żywe oryginały, bo widać było ślady po kształtowaniu. Co ciekawe, były naprawdę podobne do prawdziwych księżniczek. Czyżby zrobił je smok z duszą artysty?
Nagle podłoże zaczęło się trząść. Trevor podbiegł z powrotem w stronę i schował się za jednym z niższych złotych kopców, żeby widzieć co chce wejść. Wrota powoli zaczęły się otwierać. Napięcie wzrastało, bo kroki były słyszalne, ale obiekt je wywołujący niekoniecznie. Wreszcie smok się pojawił. Mężczyzna patrzył zszokowany na jego, bądź, co bądź, zaskakujący wygląd.
Był mały, fioletowo-różowy z nieproporcjonalnie wielką głową. W sumie wyglądał jak smoczy bobas. Brama się zamknęła ze złowrogim skrzypnięciem.
Smoczek westchnął, podskoczył kilka razy w miejscu i wskoczył do znajdującego się obok złotego basenu. Było tam tyle złota, że blondyn nawet nie zauważył czegoś tak osobliwego jak złoty basen. Gad popluskał się chwilę i wyskoczył znowu na stały grunt. Robił coś co nie napawało Trevora spokojem wąchał. Całkiem zajadle wąchał. Zupełnie jakby poczuł coś czego poczuć nie powinien. Mężczyzna był pewien kogo. Jego. Było to tak oczywiste, że fakt, że smok odwrócił się w zupełnie innym kierunku tak wybił mężczyznę z równowagi. Wyskoczył ze swojej kryjówki i zaatakował jaszczurkę Mieczem, Którym Zabijano Smoki.
- A masz, maluchu! - krzyknął na niego Trevor.
Ten odwrócił się i zionął na niego monstrualnym płomieniem. Osłonił mieczem. Pomimo, że ostrze było ognioodporne to wyraźnie się nagrzało. Siła smoczka była wyraźnie niewspółmierna do jego wielkości. Mimo to mężczyzna rzucił się do ataku. Szybkim ruchem odciął gadowi wielki łeb. Było to aż zbyt łatwe. Ciałko upadło na złotą górę, a głowa leżała dwa metry dalej. Trevor zdziwił się tym jak łatwo zgładził stwora. Uśmiechnął się do siebie i szybko zaczął zgarniać złoto do kieszeni. Jedzenie trzeba za coś kupić. W końcu nie można za każdym razem biegać za potencjalnym posiłkiem.
- Schowaj się! - usłyszał za sobą kobiecy krzyk. - Szybko!
Odwrócił się nie mając zamiaru posłuchać rady. W jego kierunku biegła Victoria. Ucieszył się, ale jej mina wcale nie wyrażała radości. Była raczej zdenerwowana.
- Smok się regeneruje! - krzyknęła będąc już przy nim. - Musimy się schować.
- Co? - zdziwił się mężczyzna.
Zerknął na smocze zwłoki. Był jednak pewien problem. Smoczych zwłok nie było. Zamiast nich stał tam żywy smok. Trevor zerknął na Victorię i znowu na smoka.
- Co? - zdziwił się znowu.
Dziewczyna pociągnęła go za jedną z gór ze złota w ucieczce przed ognistym płomieniem. Na twarzy Trevora wciąż utrzymywał się lekko zszokowany wyraz. No dobrze, nie lekko. Victoria musiała go uderzyć w twarz, żeby odzyskał zmysły. Spojrzał na nią z wyrzutem.
- Co jest nie tak z tym… czymś? - zapytał.
- To smok nieśmiertelności. Nie można go zabić, bo może odnawiać swoje ciało - wyjaśniła pospiesznie.
- To jak go zabić? Czy masz zamiar mi powiedzieć, że nie da się go zabić - zapytał ironicznie Trevor.
Victoria zrobiła zmieszaną minę.
- Nie, niezupełnie - powiedziała. - Wiem, że można go zabić, ale nie mam informacji co do tego jak to zrobić. Moje zaufane źródła nie dały pewnych informacji.
Dookoła nich było naprawdę gorąco. Pewnie z powodu, że smok dalej atakował ich swoich ognistym oddechem. Aż dziwne, że taki mały stworek miał w sobie tyle siły. Wyglądało na to, że prze ciągu kilku minut uda mu się w całości roztopić ich złotą kryjówkę. Nie można było czekać aż gadzina dokończy dzieła. Według źródeł księżniczki zabicie go nie mogło być proste. W końcu był smokiem nieśmiertelności. Zaraz, chwila. Jakich źródeł? Skąd księżniczka mogłaby mieć jakiekolwiek źródła, które zdawały się być ściśle tajne?
- Jakie źródła? - zapytał ją.
Victoria westchnęła. Wyraźnie zastanawiała się nad tym czy powiedzieć mu czy nie. W takim razie musiało to być coś ważnego.
- Nie jestem zwyczajną księżniczką. Nie noszę korony z pewnego powodu - przerwała. - Jestem tak zwaną Księżniczką od Zadań Specjalnych. Współpracuję z Królestwem Prywatnych Detektywów, stąd moje informacje.
- Czemu mi to mówisz?
- W naszej obecnej sytuacji nie możemy mieć przed sobą żadnych tajemnic. Pierwsza zasada przetrwania.
Milczeli przez chwilę, a ich kryjówka coraz bardziej zaczynała znikać. Z jakiegoś powodu nie prosiła go, żeby też powiedział swoje tajemnice. Albo uznała, że nie ma on żadnych sekretów, albo wszystkie już znała. W końcu on też znał Prywatnych Detektywów. Musieli go prześwietlić zanim do nich zawitał. A współpraca z księżniczką musiała być ściśle tajna i dlatego nic o tym nie wiedział. Wszystko wyjaśnione zgrabnie i klarownie.
Zerknęli na siebie. Uśmiechnęli się do siebie, ale chwilę potem przypomnieli sobie o okolicznościach sprzyjających zwęgleniu. Dlatego uśmiechom trzeba było zaprzestać i zacząć myśleć logicznie.
- Trzeba coś szybko wymyślić - powiedział blondyn.
- Tak - potwierdziła Victoria tym razem tajemniczo się uśmiechając.
Doskonale wiedzieli co powinni zrobić. Albo raczej co im się wydawało, że powinni zrobić.

czwartek, 21 marca 2013

Artów ciąg dalszy - Pora na Przygodę

Cześć!
Wstawiam rysunki przedstawiające postacie z poprzedniej części opowiadania Pora na Przygodę. Tak naprawdę to tylko te w miarę kluczowe, bo nie widzę na razie sensu w rysowaniu wszystkich stworzeń (długopisian czy kaczuszek).
Na razie daję art przedstawiający Victorię z Krainy Ooo.
To księżniczka, ale nie ma korony. Ten motyw wyjaśnię w czwartej części opowiadania.
Drugi rysunek przedstawia smoka górskiego. Jestem bardzo zadowolony z tego projektu, całkiem sympatycznie mi wyszedł.
Kolejną postacią z drugiego rozdziału był Lodowy Król. Jemu nie robiłem osobnego art'a, bo jest to oficjalna postać i w Internetach z pewnością je znajdziecie. Za to umieściłem go w opisanej przeze mnie sytuacji. Przy okazji macie tu mniej więcej pokazane proporcje smoka na podstawie Lodowego Króla.
Na razie tyle.
Jutro kolejna strona mojej autorskiej Odsieczy. Zapraszam do czytanie :)

sobota, 16 marca 2013

Pora na Przygodę - Rozdział 2


Zapraszam do przeczytania nowiutkiego rozdziału!
To ciąg dalszy przygód Trevora w Krainie Ooo. Mam nadzieję, że wam się spodoba, bo wlałem w to większość mojej aktualnej weny twórczej :)

***

Trevor doszedł do kolejnego Królestwa. Minął je jednak, mimo, że był głodny, z powodu niepokojącej nazwy. Królestwo Rozkosznych Zajączków. Coś zbytnio urocza ta nazwa.
Problem polegał na tym, że zjawiskiem geograficznym znajdującym się za królestwem były góry. Całkiem wysokie góry. Nie było mowy, żeby do tych puszystych kreatur. Za nić w świecie. Do przekroczenia ośnieżonych wzniesień potrzebne były jakieś cieplejsze ubrania. Na szczęście kilka dni wcześniej postanowił nie postanowił pozbyć się zaklęcia ciepło-sfery. Wyciągnął z kieszeni skrawek papieru zapisany dziwnymi, runicznymi znakami. Napluł na niego i zmiął. Natychmiast wytworzyła się dookoła niego energetyczna kula, w której wnętrzu panowało przyjemne ciepełko. W tym stanie bez problemu wkroczył na zimny teren.
Blondyn szedł zadowolony owiewany ciepłym wiaterkiem przez obsypane śniegiem szczyty. Sfera szczęśliwie ochraniała go nie tylko przed temperaturą, ale też przed białym puchem i mroźnymi powiewami.
Będąc gdzieś tak w połowie drogi Trevor zobaczył coś niepokojącego. Ze szczytu jednej z wyjątkowo zaśnieżonych szczytów trysnął strumień ognia. Blondyn zadarł głowę, żeby zobaczyć co się dzieje. Zdawało mu się, że był to smoczy płomień. Wiedział, że jaszczury rzadko ziały ogniem tak bez powodu. Powodem mogło być to, że labo go zauważył, albo był zajęty kimś innym.
Mężczyzna wspiął się po skałach, żeby zobaczyć tę zapewne niecodzienną sytuację.
Zobaczył tam olbrzymiego śnieżnobiałego smoka ziejącego ogniem w jakiegoś długobrodego staruszka w niebieskiej sukience. Trevor myślał, że już po dziadku, ale ten ruchem ręki wywołał dookoła siebie lodową tarczę. To było dziwne.
- Oddawaj mi moją koronę, głupia jaszczurko! – krzyknął na gada.
A więc był królem władającym lodem. Nagle blondyna naszła pewna myśl. Temperatura przy Królestwie Rozkosznych Zajączków była zbyt wysoka, żeby nawet w pobliskich górach znajdowała się aż tak gruba pokrywa śnieżna. Ktoś musiał ją stworzyć. I tym kimś był ubrany na niebiesko staruszek. Widocznie rozwścieczony smok zabrał mu koronę. A sądząc po intensywności sporu chodziło o coś jeszcze.
Trevor przemknął się za walczącymi do znajdującej się za nimi jaskini. Jedno było jasne, w jej wnętrzu było bardzo ciemno. Mężczyzna po kilku krokach był pewny, że prostej linii z pewnością nie przejdzie. Wszędzie porozsiewane były stalaktyty i inne twory skalne. Po chwili oczy przyzwyczaiły się do ciemności i bez problemu omijał przeszkody.
Jego ręka zaczęła lekko drętwieć. Żeby zaklęcie ciepło-sfery działało musiał mocno ściskać skrawek papieru. Nie zwracał na to uwagi, miał ważniejsze rzeczy do roboty.
Doszedł do końca jaskini. W kącie coś dostrzegł. Kogoś dostrzegł. Siedziała tam skulona z zimna dziewczyna. Zdawało mu się, że nawet go nie zauważyła. Ręce trzymała w bardzo dziwnej pozycji. Jakby coś pisała. Kątem oka zerknął co tam tworzyła.
Zarzut: porwanie i uwięzienie.
Sprawca: Lodowy Król.
Sprawca pośredni: smok górski.
Zrobił zdziwioną minę. W tym momencie dziewczyna podniosła wzrok. Wcale nie zdziwiła się widząc sterczącego nad nią blondyna. Rzuciła mu tylko wyczekujące spojrzenie. Zdecydowanie nie zachowywała się jak typowa dama w opałach. Wstał i otrzepała się.
- Rób co powiem ci – powiedziała kpiąc sobie z poprawnego szyku zdania.
Trevor wzruszył ramionami. Było mu wszystko jedno.
- Zabierz mnie stąd najciszej możliwie i jak możesz najszybciej.
Cóż, konkretna z niej kobieta. Wziął ją na ręce i wyszedł cichaczem z jaskini. Było mu średnio wygodnie biorąc pod uwagę fakt, że wciąż trzymał skrawek z zaklęciem. O dziwo walczący nie zwrócili na nich uwagi, choć widok musiał być dziwny jak na szczyty gór. Był to też dziwne, bo smoki często porywają dziewczęta i zazdrośnie ich strzegą. Co do Lodowego Króla to nie znał jego zwyczajów.
Trevor powoli zsuwał się po zboczu góry. Dziewczyna milczała jak zaklęta. Zdawało mu się przez to, że jest zaprzeczeniem normalnej kobiety. Cały czas milczała!
Zeszli. Mężczyzna postawił ją na ziemi. Była w miarę wysoka, ale wciąż niższa od niego. Optycznie podwyższała ją bujna ruda fryzura. Było w niej też wiele trudnej do opisania energii, władczości. Na tę myśl nasunął mu się tylko jeden wniosek. Musiała być księżniczką jakiegoś dziwacznego zapewne królestwa.
- Poradzę sobie sama teraz – rzekła jakby do siebie.
- Zaraz – Trevor wydobył z siebie jakieś ludzkie odczucia. – Jak się nazywasz? Gdzie idziesz?
Przyjrzała mu się przenikliwie.
- Coś dużo pytań tych.
- Więc?
Westchnęła.
- Na razie nie mogę powiedzieć ci kim jestem. Za to mogę mówić normalnie.
Zawsze coś pomyślał.
Ze szczytu góry dobiegły ich dwa rozwścieczony odgłosy: ryk i krzyk. Prawie natychmiast na ścieżce, którą podążali Trevor z dziewczyną pojawiły się oba czarne charaktery. Mężczyzna zdziwił się. Skąd wiedzieli którędy iść? Czyżby ich widzieli? Nie. Musiało chodzić o ślady. Lodowy Król strzelił w nich lodowym pociskiem. Blondyn sięgnął po swój wielki miecz i odbił nim atak przeciwnika. Na widok jego ostrza smok zatrzymał się i zdębiał. Był to bowiem Miecz, Którym Zabijano Smoki. I to całkiem wredne smoki. Widać, ten poczuwał się do tego przymiotnika. A dobrze. Kolejna smocza głowa do kolekcji.  Mimo to smok otrząsnął się, żeby zionąć ognistym podmuchem. Trevor i dziewczyna schowali się przed atakiem za pobliskim głazem. Poczekali aż na chwilę na przerwę w działaniach wrogów. Wychylili się lekko, żeby określić swoje szanse strategiczne. Smoczyk i Lodowy król równocześnie atakowali ich kryjówkę ogniem i lodem. Nie dało się łatwo odeprzeć ich ofensywy. Łowca smoków poczuł, że ma pomysł. Wyszedł zza skały.
- Patrzcie! Za wami jest kontynentalny zjazd księżniczek!
Obaj z nadzieją spojrzeli za siebie. Niestety nie było tam nic. Pusto. Kiedy odwrócili się z powrotem też zobaczyli pustkę. I tak stali się ofiarami koronnego zagrania Trevora.
Blondyn i rudowłosa byli już daleko. Tym razem zacierali za sobą ślady, żeby znowu nie wpaść na złoli. Wyszli poza teren gór. Mężczyzna chciał wyrzucić już zużyty papierek z zaklęciem, ale ręka tak mu zdrętwiała, że nie był w stanie otworzyć dłoni. Trudno, może trzymać dalej. Nie, nie może. Siła woli sprawiła, że udała mu się ta niewykonalna sztuka upuszczenia papierowego skrawka.
- To było sprytne – uśmiechnęła się do niego dziewczyna.
- Dzięki – odparł przyglądając się jej.
- Nazywam się Victoria. Jestem księżniczką – odpowiedziała na jedno z jego poprzednich pytań.
Mężczyzna uśmiechnął się do niej. Dziewczyna zdziwiła się, że to zrobił, bo do tej pory zachowywał tylko kamienny wyraz twarzy. A jednak miał mimikę.
- Jestem Trevor. Jestem łowcą smoków.
Patrzyli na siebie z uśmiechem. Ich romantyczną atmosferę przerywały dochodzące z daleka co jakiś czas wściekłe ryki smoka i Lodowego Króla.
- Musze teraz odejść. Sama. Nie możesz mi towarzyszyć, bo to bardzo delikatna sprawa – przerwała. – Ale uda ci się mnie znaleźć. Wystarczy ci do tego tylko jedno słowo.
Szepnęła mu je na ucho i odeszła wzdłuż linii granicy gór z zielenią. Trevor obserwował ją aż nie skręciła w odległą dróżkę. Potem sam poszedł w swoją stronę. I zastanawiał się nad tym co mu szepnęła. Nad tym jednym słowem.
Kotlet.

wtorek, 12 marca 2013

Art - Pora na Przygodę

Witam czytelników!
Jak wiadomo, rozpocząłem zacząłem nowy projekt związany z opowiadaniami. Będzie to w miarę rozbudowane działanie, bo pomysłów mam sporo i wciąż pojawiają się nowe. Mam nadzieję, że będzie się wam podobało, ale mam również nadzieję, że będziecie komentować. Jestem pewien, że mój sposób pisania ma w sobie wiele niedociągnięć i chciałby wiedzieć co wam się mogło nie spodobać.
Uznałem, że narysuję w komiksowym stylu mój starszy rysunek Trevora. Mimo, że wcześniejszy projekt upadł to sądzę, że nie powinno być problemu z wykorzystaniem poprzedniego designu. Tak nawiasem, tak miał początkowo wyglądać mój bohater.
Wyjątkowo zadowolony jestem z miecza, ale to tylko tak pobocznie.

Niespecjalnie udana praca komputerowa, ale i tak jestem z niej zadowolony. 

Teraz już tylko ołówkowy wygląd.
Tak naprawdę prawie nic tu nie zmieniłem. Poprzedni projekt sam w sobie był dobry, a wiadomo, że lepsze jest wrogiem dobrego i postanowiłem nic specjalnie nie dodawać. Sądzę, że wyszło to nad dobre.

Nowy rozdział już w tym tygodniu :)
Nie wiem do końca jak się wyrobię i w który dzień tygodnia, ale mam ciekawe pomysły. Mam nadzieję, że wam się spodobają.

sobota, 9 marca 2013

Pora na przygodę - Rozdział 1


W ostatnim poście wspominałem o opowiadaniach. Poniżej zamieściłem pierwsze :) 
To jest osadzone w Krainie Ooo z kreskówki Pora na Przygodę. Fabuła będzie rozpisana na 4, może 5, wpisów.
Miłego czytania.

***

Trevor szedł szybkim krokiem przez rozległą równinę. Słońce uporczywie prażyło mu kark. Nie było to miłe, szczególnie że na plecach niósł stosunkowo ciężki miecz. Naramienniki i nakolanniki też nie ułatwiały mu podróży. Nie miał jednak wyboru. Księżniczka Długopisów prosiła go, żeby coś dla niej załatwił. Teoretycznie miał wybór, ale gdyby odmówił pewnie kazałaby go zabić. Miał już doświadczenie z takimi pannami.. Już nie raz próbowały go wykończyć. Szczególnie Księżniczka Tasaków i Maczet. Ona to dopiero była ostra.
Wyglądało na to, że podróż miała być naprawdę ciężka. Widoczny w oddali las był widoczny tylko dlatego, że teren był w miarę płaski. W praktyce mogło to być jakieś dwadzieścia kilometrów. Jęknął znużony.
Miał przekazać wiadomość Księżniczce Piór Wiecznych, bo władczyni długopisian nigdy nie pozwoliłaby na kontakt jej poddanych ze swoim wrogiem. No i nie uznawała gołębi pocztowych. Na jej terenie nie miały one żadnych praw, podobnie jak inne mniejszości. Szkoda, bo wiele by to ułatwiło. Nie było jednak aż tak źle. Królestwo, do którego zmierzał, było tuż za Puszczą Śmierci Bolesnej. Dobrze byłoby, żeby przekroczenie lasu poszło w miarę bezproblemowo, ale kto wie.  Jeszcze nigdy nie był w tamtym miejscu.
Szedł i szedł. Że, akurat musiał opuścić go Skrzydlaty Plecak. Mógłby w ten sposób bardzo ograniczyć czas, ale nie było może, żeby go zatrzymał. Był to zakładnik Żab Sprawiedliwości, które też chciały latać, a nie mogły. Chciały wydusić z Plecaka jak to się robi. Powiedział im, że do tego potrzebne są skrzydła, a że one ich nie mają to postanowiły go zabić. Trevor uratował go i zwrócił rodzinie. Koniec retrospekcji.
Mężczyzna miał nadzieję, że las choć trochę się przybliżył, ale prawie wcale. Takie odległości są bardzo złośliwe.
Zwracając uwagę na ilość kilometrów Trevor postanowił, że da sobie spokój z nadmiernymi przemyśleniami i retrospekcjami, bo najprawdopodobniej mózg, by mu się przegrzeje.
Myślenie – stop!
Kiedy był już na miejscu Słońce zaczęło zachodzić. Mężczyzna usiadł pod jednym z drzew mając nadzieję, że ono go nie zje. Wydawało się być spokojnym drzewem. Zdrzemnął się pod nim jakieś piętnaście minut. Potem wstał. Udało mu się odzyskać choć trochę energii. W momencie wejścia do lasu Słońce zaszło już całkowicie.
Drzewa były upiorne, ale tylko trochę. Trevor znał drzewoludzi i po kilku krokach wiedział, wiedział, że na pewno ich tam nie ma. Mieli zwyczaj rzucania się z pazurami na swoje ofiary. Mimo, że nie były jednej z morderczych ras to las wciąż pozostawał niepokojący. Był zdecydowanie za cichy. Zupełnie jakby wszystkie zwierzęta ucichły lub nie żyły. Może lepiej byłby zostać przy pierwszej opcji. Szedł jednak przed siebie mając nadzieję, że przeżyje przeprawę.
Wiedział, że las jakiś wybitnie duży nie był. Przejście wzdłuż powinno trwać niecałe dwie godziny.
Nagle doszedł do niego odgłos szelestu. Odwrócił się pospiesznie. Stała za nim mała kaczuszka. Natychmiast sięgnął po krótki mieczyk.
- Czego ode mnie chcesz, maro nieczysta? – krzyknął na nią.
Nie odezwała się. Zza znajdujących się za nią krzaków zaczęły wyłaniać się kolejne żółtopióre stworzenia. Zdawało się, że nie mają końca. Trevor zrobił krok do tyłu pilnie je obserwując z wyciągniętym mieczem. Wtedy pojawiła się ostatnia kaczka. Miała na głowie złotą koronę.
- Zabijcie tę ludzką poczwarę – zakwakała władczo.
Nie zastanawiając się mężczyzna rzucił się do ucieczki przed chmarą żółtych, uroczych morderców. Biegnąc doszedł do wniosku, że ta niespodziewana sytuacja porządnie usprawni przejście lasu. No, o ile przeżyje. Miał nadzieję, bo wypatroszenie przez rój tysiąca kaczuszek nie był zbyt heroiczną śmiercią.
Ostatkiem sił wybiegł z lasu. Pościg dobiegł końca. Opierzeni oprawcy już go nie gonili. Opuścił ich terytorium. Szaleńczy biegł dobiegł końca. Nie został jakoś szczególnie poszkodowany, ale jedna z kaczuszek wgryzła mu się w piętę i trzeba było jakoś się jej pozbyć. Na szczęście wystarczyło ją tylko dziabnąć mieczykiem, żeby puściła i uciekła z powrotem do lasu.
Westchnął. Ruszył w mroku drogą wychodzącą z lasu, której jakimś cudem wcześniej nie zauważył. Po chwili dotarł do bramy zbudowanej z dwóch wielkich kałamarzy. Zastukał trzy razy. Z okienka na szycie jednego z kałamarzy wychylił się strażnik.
- W jakim celu się tu znalazłeś? – zapytał cierpko.
- Mam przekazać wiadomość Księżniczce Wiecznych Piór – odparł.
- Księżniczka śpi. Otworzę ci rano – dodał strażnik i wrócił do środka kałamarza.
Trevor stał przez chwilę dalej patrząc lekko zdziwionym wzrokiem w okienko. Czy to była gościnność Wiecznych Piór? Najwyraźniej. Usiadł przed bramą. Zdał sobie sprawę, że nie spał już dwie doby.  Opadł na plecy mając nadzieję, że żaden nocny stwór  nie postanowi się nim pożywić.
Odpłynął.
Obudził się ze świadomością ośmiu przespanych godzin. To uczucie bardzo mu odpowiadało. Szczególnie, że pewnie czekało jeszcze dużo roboty. Wstał i zapukał ponownie w bramę. Tym razem otwarła się od razu. Mieszkańcy wyglądali jak najróżniejsze stalówki czy kałamarze. Patrzyli na niego z niepokojem. Fakt, że do miasta zawitał wędrowny, blondwłosy wojownik nie napawał ich spokojem.
Skierował się do centrum miasta. Stał tam zamek w kształcie wielkiego, rozciągniętego w górę kałamarza. Z jego czubka wyrastała wysoka na kilkadziesiąt metrów czarna wieża. Z budynku wyszła Księżniczka. Wyglądała jak bardzo kształtna niebieska stalówka. Zmierzyła go podejrzliwie wzrokiem.
- Przysłała cię Długopiśnica, człowieku? – zapytała bez zbędnych ceregieli.
- Poniekąd – odparł mężczyzna. – Idę akurat tą trasą, więc poprosiła mnie, żebym coś przekazał.
- Czyli co, człowieku? – fuknęła na niego.
- Księżniczka Długopisów chce oficjalnie potwierdzić stan wojny.
Władczyni patrzyła na niego dziwnym wzrokiem. Odniósł wrażenie, że jej stalówkowa twarz wykrzywiła się w grymasie okrutnego uśmiechu.
- Z chęcią – mruknęła pod nosem. – A teraz wynoś się, człowieku.
Blondyn znowu zdziwił się manierami tego ludu, ale bez gadania opuścił nieprzyjemne miejsce.
Nie miał im za złe, że wyprosili go właśnie w ten sposób. Miał im za złe to, że nie zaproponowali mu żadnego jedzenia ani nic.  Za dwiema dobami bez snu szły też dwie doby bez jedzenia. To nie było miłe.
Jako, że był wędrownym łowcą smoków nie miał również specjalnych środków finansowych. Zwykle kiedy zabijał jakąś bestię to uciskany przez nią lud z chęcią wyposażał go w jakąś nową broń albo ofiarował pokarm. Ten zwykle był jadalny dla człowieka, ale nie zawsze. Wolał nie wspominać jak mieszkańcy pewnego bardzo uczynnego królestwa chcieli, żeby zjadł… No właśnie, wolał tego nie wspominać.